TEKSTY -> PENTAGRAMY -> MÓJ WIECZÓR PRZED WIELKANOCĄ  
MÓJ WIECZÓR PRZED WIELKANOCĄ
Wspomnienie
Zaczęło się to dawno temu, w mojej mło­dości. Najbardziej lubiłem jesień, gdyż wtedy właśnie życie chyli się ku ziemi, a ja rozpoznawałem w tym uczu­cie umie­­rania. Trawa na naszej ulicy wy­rastała pomiędzy kocimi łbami, a ja zda­wałem sobie sprawę, że życie wraz z kulturą - wszystko, co człowiek tworzy - nie może przetrwać. Natura przeła­muje nawet najtwardszy kamień!
Po cóż więc cokolwiek tworzyć, po cóż zakwitać ma to, co i tak musi zginąć?
W pobliskim lesie było miejsce zwane siedmioma źródłami. Tam właśnie lu­biłem przebywać - nawet w nocy. A gwiaz­da, którą widziałem na nocnym niebie? Czy było to przesłanie z odleg­łego kraju? Często wpatrywałem się w nią. Była przy­jacielem, podobnie jak zachód słońca.
Śpiewałem o tym przyjacielu, chociaż nie wiedziałem, kim on był. Uczucie to było dla mnie jak sen, niejasna tęsknota, której nie rozumiałem. Choć życie owo było mi obce, nie pragnąłem niczego prócz nieznanego przyjaciela. Wolałbym raczej umrzeć niż go stracić.
Kiedyś obudziłem się w środku nocy. Zobaczyłem otwarte drzwi. Ten obraz głęboko mnie poruszył. Czy było to wołanie do wyruszenia w drogę? Lecz dokąd? Niepokój gnał mnie dalej. Za­stanawiałem się głęboko nad Bogiem i światem. To życie z pewnością nie mogło być wszystkim!
Nosiłem w sobie ciężar niejasnej tęsk­noty. Dziwne, przez pewien czas zawsze spoglądałem na zegarek o tej samej porze. Godzina dwunasta - co to mogło zna­czyć? I czym było otwarcie groty, które ujrzałem swym wewnętrznym okiem? Wspomnieniem? Jeżeli tak, to wspom­nie­niem czego?
Kiedyś zacząłem szukać białej róży, gdyż miałem wrażenie, że musi mieć ona dla mnie wyjątkowe znaczenie. Cho­dziłem od sklepu do sklepu. W tamtych czasach jednak niełatwo było znaleźć białą różę.
W ten sposób ‘ten inny’ tkał w moim życiu nić, choć nic z tego nie ro­zu­mia­łem. Była to złota nić. Czułem, jakby mi towarzyszyła, mieszkała obok, niby za szkłem. Cóż miałem z nią począć? Co ona miała począć ze mną?
Tkałem nadal sieć mojego losu, lecz moje nici nie okazały się złote. Wikłałem się w tej sieci coraz bardziej. Czułem się zagubiony jak kawałek drewna dryfujący po bezkresnym oceanie. Wtedy jednak powróciła niejasna tęsknota i rozerwała dławiącą sieć. Poprowadzony zostałem do miejsca, w którym światło i moc za­kot­wiczone są w czasie i przestrzeni. Ta­kie miejsca istnieją! Usłyszałem echo, odgłos. Głębokie wewnętrzne przeczucie mówiło mi, że jestem na właściwym miejs­cu i muszę tam pozostać. Nie był to jeszcze cel ani powrót do ojczyzny, lecz stałem na moście prowadzącym do abso­lutnej praw­dy, o ile można ująć to w ten sposób.
Zaczynał się nowy etap życia. Lecz co tak naprawdę miałem czynić, którą ścieżką iść - nie było to jeszcze dla mnie jasne. Na początku martwiłem się, czy ‘ten inny’ rzeczywiście istnieje, czy nie jest on tylko wytworem mojej wyobraź­ni. Często myślałem tak z rozpaczą, lecz nagle okazało się, że jest to dla mnie coś najwspanialszego - stanowi wręcz cel całego stworzenia. Gdzież więc byłem ja z całą swą marnością i brakiem wiary? Ogarnął mnie głęboki wstyd. Ty przecież byłeś tym przyjacielem. Dlaczego nie rozpoznałem cię wcześniej?
Odtąd, potykając się, brnąłem po jedynej ścieżce, którą widziałem przed sobą i którą zmuszony byłem iść, gdyż świat nie stał się jeszcze dla mnie pus­tynią. Kiedy próbowałem podążać ‘ścież­ką’, cokolwiek to mogło znaczyć, je­dynym co pozostawało po tym wysiłku, walce i pragnieniu było uczucie niespeł­nienia, a mimo to wierzyłem, że pewnego dnia gdzieś cię odnajdę. Pozostało tylko to niejasne pragnienie. Wszystko inne stało się nieważne, płytkie i puste.
To właśnie było to, co doprowadziło mnie ostatecznie do nadiru. Nie było nikogo na świecie bardziej samotnego i zagubionego niż ja... tak myślałem. Wszys­tkie pragnienia i cele straciły swoje znaczenie, rozwiała się cała nadzieja. Za każdym razem, kiedy dochodziłem do kolejnego nadiru, coś się we mnie łamało, coś na co nie znajdowałem innego okreś­lenia niż ‘ja’.
Egocentryzm, samowola, błędne wy­obra­żenia, marzenia o czymś, co wy­da­wało się ważne i mogło być docenione, pragnienie uchodzenia za miłego, zaz­drość i drobiazgowość stale wybuchały we mnie. Determinowały moje życie. Dosłownie żyłem nimi. Cóż za nędzne życie.
Po przejściu każdego nadiru czułem, że byłeś blisko mnie. Twoja obecność była dla mnie pociechą i podporą, dawała mi otuchę, spokój i siłę. Wtedy stało się dla mnie jasne - muszę dla ciebie zrobić miejsce w swoim życiu. Ty musisz żyć, ja zaś muszę się wycofywać. Ty bowiem już byłeś wszystkim, czym ja chciałbym być. Kiedy nawet na krótką chwilę poz­walałem ujść złudnym wy­obra­żeniom, wtedy ty zawsze tam byłeś. Lecz rozróż­nienie między tobą a mną ciągle mi umykało. Często myślałem - ty jesteś mną, a ja tobą. To pomieszanie trwało. Było ono (i nadal jest) powodem niejednej niedoli.
Zdobyta wiedza i wgląd znów prze­padały, pozostawiając bezładne myśli i uczucia. Znikało ukierunkowanie i wew­nętrzna równowaga, aż silna tęsknota przełamywała się znowu i moje serce na nowo wypełniało się szczęściem, radością i spokojem.
W ten sposób - gdy niebo i piekło zawierały się w sobie - pędziłem przez swą wewnętrzną przestrzeń.
Aż pewnego dnia światło przebiło się i zapłonęło w mojej istocie. Wraz z tym pojawiło się zrozumienie, że wszystko, co miało dotąd miejsce, wydarzyło się nie na próżno. Każdy krok, każda rzecz, każde zdarzenie - wszystko miało znacze­nie. Moje życie było jak szata utkana z żywych nici. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość - wszystko przeniknięte jest twoim blaskiem. Życie nagle nabrało znaczenia i stało się częścią wielkiego planu. Wtedy poczułem twą podporę i miłość. Lecz ja nie byłem tym ‘ja’, ale mą wewnętrzną istotą, wewnętrznym jąd­rem, którym tak bardzo chciałem być.
Od tamtej pory żyjesz we mnie jako coś nowego. To tak, jakby zaczęło bić źródło twojej energii. Teraz dniem i nocą podążam za tobą, jak za wijącym się stru­mieniem przez głębiny i wzniesienia.
Krok po kroku odsłaniasz przede mną plan, który ujrzałem przed sobą w czasie ‘oświecenia’. Jest to misja, życiowe za­danie. Otrzymałem je wprost z twoich rąk. Odtąd wypełniasz ten plan przeze mnie, o ile tylko nie stawiam ci oporu, czy nawet nie wstrzymuję moim ciągle obecnym złudzeniem. A jednak coraz bardziej poddaję się temu przewod­nic­twu i próbuję iść za twymi wska­zów­kami.
Byłem niewiernym Tomaszem, wiecz­nym niedowiarkiem. Choć okazałeś mi tyle łaski, za każdym razem, kiedy cię opuszczałem, wołałem o światło.
Zdumiony zdałem sobie sprawę, że twoje pragnienie staje się również moim. Twoja wola jest także moją. Chcę iść za tobą i czynić to, czego żądasz ode mnie, nie tylko dlatego, iż jesteś moim mis­trzem, a ja twoim uczniem, ale dlatego, że jesteśmy przyjaciółmi.
Razem zmierzamy ku... Wielkanocy.

© 1996-2007 Lectorium Rosicrucianum