Temat miesiąca, lipiec-sierpień 2006
Miejsce ognia
Uniwersalność nauki
różokrzyżowców pozwala odkryć wiele podobieństw w starych mitach
najróżniejszych czasów i kultur. Od Inków, którzy w czasach przed podbojem
przez Hiszpanów w roku 1533 stworzyli w Andach Ameryki Południowej wielkie
królestwo, wywodzi się pewien szczególnie piękny mit, który chcielibyśmy Wam
dzisiaj przedstawić:
W dawnych czasach ludzie
podobni byli do bogów. Przede wszystkim posiadali boski ogień, za pomocą
którego mogli zarówno tworzyć, jak i niszczyć. Oddalili się jednak od
bogów i używali swoich umiejętności w zły sposób i ku własnej szkodzie. Dlatego
bogowie odebrali im boski ogień i zebrali się na naradę, by ustalić, gdzie
jest najbezpieczniejsze miejsce, aby go przechować. Ludzie bowiem chcieli znów
mieć go w swojej władzy.
Jako pierwszy jeden z bogów
zaproponował, by ukryć ogień na szczytach najwyższych gór na Ziemi. Żaden
człowiek nigdy nie będzie potrafił wspiąć się tak wysoko, nikt nie zniesie
ścinającego mrozu wiecznych lodów i rozrzedzonego powietrza na wysokościach.
Wierzchołki gór będą najbezpieczniejszym miejscem. Inni bogowie odparli jednak,
że być może człowiek w swej wielkiej żądzy zdobędzie jednak nawet najwyższe
góry. Zatem góry nie są bezpiecznym miejscem.
Inny z bogów powiedział
wóczas, że należy ukryć go w najgłębszych przepaściach Ziemi i spiętrzyć nad
nimi olbrzymie masy głazów i skał; tam ludzie na pewno go nie odnajdą. Inni
bogowie ostrzegali jednak, że człowiek kopałby aż do najgłębszych głębi ziemi,
by odzyskać odebrany mu ogień. Wówczas trzeci zaproponował, by ukryć ogień w
głębinach oceanu; żaden człowiek nie potrafi przecież zejść tak głęboko pod
wodę, by go stamtąd wydobyć. Lecz i tu znalazły się zastrzeżenia. Niektórzy
bogowie zwracali uwagę, że człowiek w swojej żądzy ognia znajdzie też sposoby,
aby przeszukać ocean, a zatem i dno oceanu nie jest bezpiecznym miejscem.
Na koniec jednemu z bogów
przyszło na myśl, by ukryć ogień na jakiejś bardzo odległej gwieździe,
położonej tak daleko od Ziemi, że nawet w nieskończenie długim czasie ludzie
nie będą potrafilli tam dotrzeć. Propozycja wydawała się do przyjęcia. Lecz w
końcu jeden z bogów powiedział, że przebiegli ludzie mogą kiedyś wynaleźć
maszyny, by dotrzeć do tego odległego miejsca. Pośród bogów zapanowało długie
milczenie i poczucie bezradności. W końcu najstarszy z nich wstał i powiedział:
„Jest miejsce, bezpieczne przed niepowołaną mocą człowieka, jest ono wyższe niż
wszystkie góry, głębsze niż wszystkie przepaście, bardziej niezgłębione niż
wszystkie oceany i bardziej odległe niż najodleglejsze gwiazdy na niebie”. A
kiedy widział pełne niedowierzania spojrzenia innych bogów, rzekł dalej: „Ukryjmy
ogień w sercu samego człowieka”. I tak też się stało.
Czyż człowiek w rzeczy
samej nie wspiął się na najwyższe szczyty Ziemi, czy nie dokopał się do
najgłębszych otchłani Ziemi, nie zbadał dna oceanów i czy nie próbuje właśnie
podbić odległe przestrzenie kosmosu? Co popycha go do tego, by coraz głębiej
penetrować mikrokosmos i makrokosmos? Na ogół tłumaczymy to dążenie człowieka
do tego, co nowe i nieznane, „dociekliwością poznawczą”, duchem odkrywczym itp.
Ale co się za tym kryje? Co leży u podłoża niepomiernego trudu gromadzonych
przez tysiąclecia skarbów wiedzy, imponujących osiągnięć kultury różnych ludów
i epok? Co skłania ludzi do tego, aby ponosili cały ten trud?
Czy nie jest to tęsknota za
utraconym pierwotnym „ogniem”? Jednak we wszystkich tych stuleciach pogoni
człowieka za ogniem „apokaliptyczni jeźdźcy”: zaraza, głód, wojna i śmierć byli
mu towarzyszami. I są nimi do dziś. Jak długo szuka on rozwiązania tylko na
zewnątrz, pomimo udoskonalonej techniki, pomimo coraz doskonalszych metod
badawczych, nie znajdzie nic. Kryjówka wybrana przez inkaskich bogów okazała
się bezpieczna.
Kto chce odnaleźć ten
ogień, musi się odwrócić, skierować się od zewnątrz do wewnątrz, od swojego
„ja” w świecie do najgłębszych głębi swej najskrytszej istoty. Tam, w głębi
serca, znajduje się to, co nazywamy „iskrą Ducha”. Jest to uniwersalny punkt
powiązania z tym, co boskie, punkt wyjścia dla odnowienia pierwotnego stanu.
Kto kieruje się ku temu punktowi, przemienia siebie i swój stosunek do świata.
Przesunięte zostają wartości w jego życiu. Różokrzyżowcy nazywają ten proces
„transfiguracją”. Zewnętrzny postęp staje się mniej znaczący, pierwotny boski
człowiek, który jako jedyny potrafi posługiwać się boskim ogniem, staje się
celem życia.
Porusza go całkiem inny
świat, świat tego, co wieczne. „Moje Królestwo nie jest z tego świata”, mówił
Jezus. Jak trudnym by nie było to zwrócenie się do właściwego punktu, jak
wydawałby nam się on nieosiągalny, ewangelia zgodnie ze starym mitem Inków
twierdzi, że królestwo to „jest nam bliższe niż ręce i nogi”. W tym paradoksie
ukryta jest cała prawda drogi różokrzyżowców.
Dlatego nie szukajmy już dłużej
prawdy nie w tym miejscu co trzeba, lecz zwróćmy się tam, gdzie „bogowie Inków”
ukryli boski ogień! Kto zaczyna tam szukać, staje się ze ściganego
poszukującym, a kto poszukuje, przeistoczy się i przysposobi do tego, aby
przyjąć z powrotem to, co zostało utracone. Pomaganie mu w tym jest zadaniem
naszej Szkoły Duchowej.